Chińskie przygody Agnieszki Gortel-Maciuk

Chorzowianin 2018-11-24 | Komentarzy: 0
Dotarcie z lotniska w Szanghaju do hotelu w Suzhou zajęło... 11,5 godziny. Biegaczom oferowano kolację w KFC, a na starcie musieli okazać paszporty. W tych niecodziennych okolicznościach Agnieszka Gortel-Maciuk zajęła czwarte miejsce w maratonie w Suzhou. Sam pobyt w Chinach ocenia jednak bardzo pozytywnie. W przyszłym tygodniu ponownie leci do Państwa Środka - na kolejny maraton!
Chińskie przygody Agnieszki Gortel-Maciuk

Start Suzhou Taihu Marathon. Chorzowianka Agnieszka Gortel-Maciuk z prawej strony, w błękitnej opasce | Fot. Archiwum Agnieszki Gortel-Maciuk

Zawodniczka z Chorzowa przez wiele lat trzymała się żelaznej zasady: maraton góra dwa razy w roku - raz wiosną, raz jesienią. W 2013 r. wywalczyła na tym dystansie mistrzostwo Polski (jej koronnym dystansem jest półmaraton, w którym cztery razy zdobyła złoto MP). W tym roku jednak postanowiła odejść od schematów.

Pięć tygodni po maratonie w Poznaniu (zajęła w nim czwarte miejsce, była najlepszą z Polek - z wynikiem 2:37:14) zdecydowała się na start w Azji. Najpierw miała pobiec w japońskim Kobe, ale ostatecznie poleciała do Chin, by wziąć udział w Suzhou Taihu Marathon, który odbył się 18 listopada.

Suzhou to miasto we wschodnich Chinach. Ma status prefektury, którą zamieszkuje ponad 10 mln mieszkańców. Od Szanghaju dzieli je nieco ponad 100 km.

Chorzowianka po raz pierwszy w życiu odwiedzała Chiny. Nie spodziewała się, że czeka ją tam tak wiele przygód. Zaczęły się one na lotnisku w Szanghaju.

- Czekałam na nim 7,5 godziny, aż odjedziemy do Suzhou. W tym czasie przylatywali inni zawodnicy z elity. W końcu dotarliśmy do hotelu. Zajęło mi to w sumie 11,5 godziny, a można to było zrobić w dwie. Na drugi dzień obudziłam się z bólem gardła i katarem. Na szczęście miałam swoją apteczkę, ratowałam się witaminą C w końskich dawkach - rozpoczyna rozmowę z Chorzowianinem Agnieszka Gortel-Maciuk.

Później była zaskakiwana wielokrotnie. Organizator biegu starał się o przyznanie certyfikatu Bronze Label IAAF (światowa federacja stosuje system certyfikacji z trzema etykietkami: złotą, srebrną i brązową). Zapewnił mocną obsadę, startowali zawodnicy z różnych kontynentów, można było więc oczekiwać, że organizacyjnie wszystko będzie przebiegało sprawnie.

W przeddzień startu, zamiast spokojnie udać się na rozruch i odpoczywać, chorzowianka - wraz z innymi zawodnikami - została zawieziona na konferencję techniczną, która trwała bez końca. - Kiedyś kilka razy pracowałam jako osoba, która współpracuje z elitą przed maratonem w Łodzi. Znam procedury, wiem, jak to powinno wyglądać, więc szkoliłam na miejscu dziewczynę, która się nami zajmowała. Chińczycy nie mieli żadnego planu. Delegat IAAF momentami był przerażony, łapał się za głowę - opowiada nam maratonka.

Gortel-Maciuk m.in. rozmawiała z kenijskimi biegaczami, którzy mieli pełnić rolę pacemakerów (dyktujących określone tempo). Jeden z nich nie wiedział, ile kilometrów ma pokonać i jak szybko ma to robić.

Na poniższej fotografii Agnieszka Gortel-Maciuk ze zwycięzcą maratonu w Suzhou, Danielem Kipkemboi Kiptoo z Kenii.

Fot. Archiwum Agnieszki Gortel-Maciuk

Kolejnym problemem było wyżywienie. Gdy biegacze czekali na lotnisku w Szanghaju, Polka ratowała się swoim prowiantem, który zabrała na czarną godzinę. m.in. biszkoptami, gdyż zaproszono ich do KFC.

- Gdy wychodziłam na rozruch, nagle dowiadywałam się, że jest lunch. Zjadłam go później na zimno. Na szczęście gotowany ryż jest bezpieczny. Unikałam egzotycznych potraw przed startem oraz surowych warzyw. W przeddzień biegu, wieczorem, powiedziano nam, że kolacja jest w KFC. Odmówiłam - mówi Agnieszka Gortel-Maciuk. Z kolei w dniu biegu śniadanie zaplanowano na... dwie godziny przed startem. Nawet biegacze-amatorzy jedzą najpóźniej na trzy godziny przed biegiem, a co dopiero zawodnicy z elity, walczący o podium.

Przed rozpoczęciem maratonu doszło do jeszcze jednej przedziwnej sytuacji. Jeden z organizatorów uparł się, że zawodnicy z zagranicy mają mieć paszporty na linii startu. - Mówiłam, że nie chcę oddawać paszportu, bo jeszcze się zgubi, a to byłby dla mnie dramat. Delegat IAAF też był mocno zdziwiony tym wymogiem, ale Chińczyk nie ustępował - relacjonuje chorzowianka. Koniec końców, musiała się wylegitymować przed startem, a zaraz po przekroczeniu mety paszport został jej zwrócony.

W maratonie Polka zajęła czwarte miejsce z wynikiem 2:37:54. Dwie zawodniczki z Etiopii (Ayantu Abera Demisse i Gelane Bulbula Senbete) oraz Chinka He Yinli od początku narzuciły mocne tempo. Z kolei inne zawodniczki biegły zdecydowanie wolniej od Gortel-Maciuk. W efekcie nie było szans na żadną współpracę, a nasza zawodniczka pokonała samotnie 40 km.

- Zaczęłam pokornie. Było zimno i padało. W drugiej połowie biegu nie mogłam wykonać aktywniejszego ruchu, czułam, że zaraz może mnie złapać skurcz. Widziałam, że mam sporą stratę do trzech pierwszych zawodniczek i zarazem dużą przewagę nad kolejnymi. Pilnowałam więc, by nie stracić czwartej pozycji - mówi. - Byłam zdziwiona, że tak dobrze zniosłam ten wysiłek. Zwłaszcza biorąc pod uwagę brak snu. Nie mogłam się przestawić, spałam po 30 minut. Ostatniej nocy praktycznie w ogóle mi się to nie udało. Oglądałam w telewizji jakieś kabarety, czekałam, aż nadejdzie poranek - dodaje Gortel-Maciuk.

Chorzowianka była jedyną Polką i Europejką w Suzhou Taihu Marathon. - Wszyscy sobie robili ze mną zdjęcia - tak jak u nas kiedyś robili z Kenijczykami - śmieje się, chwaląc jednocześnie atmosferę panującą między zawodnikami z elity. Choć przyjechali z różnych stron świata, tworzyli zgraną paczkę. - Z niektórymi ciężko się było porozumieć, między innymi z Etiopkami. Marokanka mówiła tylko po francusku, a ten język znam słabo. Mimo to świetnie się dogadywaliśmy. To była fajna ekipa - podkreśla.

O ile organizacja zawodów pozostawiała trochę do życzenia, o tyle kolejne dni w Chinach zrekompensowały pani Agnieszce wcześniejsze niedogodności. - Świetnie spędziłam później dwa dni w Szanghaju, na koszt organizatora. Chinka, o której wspominałam, została ze mną do samego wylotu. Mogłam spróbować kuchni chińskiej, a w Szanghaju pojeździć rowerem miejskim, których w Chinach jest mnóstwo - mówi zawodniczka TS AKS Chorzów. Można to zobaczyć na poniższym zdjęciu.

Fot. Archiwum Agnieszki Gortel-Maciuk

Wydawać by się mogło, że po intensywnych tygodniach w październiku i listopadzie chorzowianka rozpocznie roztrenowanie. Dostała jednak ciekawą ofertę.

- W Chinach zaproponowano mi kolejny start, za dwa tygodnie. Zapytałam: "na jakim dystansie?". "W maratonie" - usłyszałam. Początkowo w duchu wyśmiałam tę propozycję. Później jednak zmieniłam zdanie. Stwierdziłam, że skoro w tym roku tyle się napracowałam, a ta część sezonu jest kompletnie niewykorzystana, to może przestanę się trzymać żelaznych zasad. Po powrocie do Polski zaczęłam załatwiać kolejną wizę - mówi nam na koniec 41-latka.

2 grudnia Agnieszka Gortel-Maciuk wystartuje w maratonie w Nanning. Będzie to jej trzeci start na królewskim dystansie w ciągu zaledwie siedmiu tygodni. Trzymamy kciuki i czekamy na kolejną relację z Chin!

(fab)

Reklama:

Dyskusja:

Polityka plików "cookie"

Nasz serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystanie z witryny oznacza zgodę na ich zapis lub wykorzystanie. Więcej informacji można znaleźć w polityce prywatności.